panoramicznie

25 10 2008

standardowo panorama. standardowo było dziwnie, a intelekt hulał.

rozmowa o umiejętnościach mistrzyni kierownicy A.:
A.: jeśli nie lubisz ze mną jeździć to powiedz mi to wprost!
ja: a mogę w przekrój?
A.: to może powiedz mi to w politykę…

:)





renesansowo wszechstronni

22 10 2008

jedziemy sobie z O. i S. busem:

O.: S. się uczy słowackiego, ty rosyjskiego, a ja szwedzkiego. Ale jesteśmy…
ja: fajni?
S.: pojebani
O.: ale przynajmniej nie wchodzimy sobie w kompetencje.

:)





понедельник

20 10 2008

w sumie to niewiele się działo, ale jakimś sposobem to “niewiele” wypełniło mój tydzień do ostatniej minuty i nie miałam czasu na nic.

z tych wartych uwagi czwartkowy koncert muariolanzy w chorzowskiej szufladzie 15. bardzo miło. ta muzyka pozwala mi się odprężyć i ładuje emocjonalnie. jedno z moich uzależnień i nie wstydzę się do tego przyznać ;)
w niedziele spotkanie redakcyjne. gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że będę uczestniczyć w takim projekcie jak trafri.net, nie uwierzyłabym. a teraz nie umiem sobie wyobrazić, że miałabym z tego zrezygnować.

i nie sposób pominąć kawy u A. :)





patologia

14 10 2008

Młody chce na komputer, siedzi na fotelu i truje. zaczynamy się przepychać. wbijam mu paznokcie w nogę. łapie mnie za nadgarstek, na co ja wbijam mu paznokcie drugiej ręki.

Młody: to nie fair! wpisałaś kody!
ja: ??
Młody: używasz drugiej ręki!

:D





tydzień studenta, czyli nie mam czasu

12 10 2008

S. powiedział mi wczoraj, że w minionym tygodniu nie miał czasu oddychać. rozumiem go w całej rozciągłości. może to kwestia złapania rytmu, może przeciążonego planu dnia, ale generalnie póki co dramat.

poniedziałek
laborki organizacyjne x2. mikrobiologia ujdzie. biochemia z panną, która wygląda na o 2 godziny starszą ode mnie już mniej. nudziła niemiłosiernie, a współczynnik sympatyczności oscyluje w granicy 0.
wybór języka nie zaskoczył, będę uczęszczała przez 4 semestry na rosyjski.
okienko standardowo w spirali skąd tekst “ty postawisz, a my ci damy” ;)
i ekologia krajobrazu… szkoda gadać.

wtorek
zrobiłam sobie wolne i lansowałam się psem.

środa
na pierwszy wykład się spóźniałam, na drugi nie poszłam, czyli cała ja, ale…
zrobiłam coś szalonego!
po roku studiów. zdecydowałam się, zebrałam w sobie i zapisałam się do biblioteki! :)

czwartek
“zdzir: wielki come back”, a po drodze rozwiązywanie zadań, które pewien ktoś mi wysłał mms’em i dalej mi leci przysługę ;)
wykład z psychologii, czyli żaden psycholog nie jest normalny.
ćwiczenia z hydrologii z panem, który nie jest tak groźny jak się zdawać mogło na początku.
pędem do domu, przełknięta w biegu grzanka, zapicie kawą i na vavamuffin (służbowo).

piątek
siłownia upływająca pod hasłem “jeszcze zrobię z was komandosów”, ale pan trener już mi mówi “do widzenia”, więc jest ok. wypad do czytelni x2. laborki z biologii w chorych godzinach 17-18:30. o 20 wejście do domu i odkrycie nowego stadium zmęczenia.

sobota (nie, to nie jest żart)
pobudka o 5 rano. nie wiedziałam, że taka godzina w soboty istnieje.
zajęcia terenowe z ekologii krajobrazu, czyli siedzenie na polu i zbieranie chwastów.
na szczęście o 13 już byłam w domu.

a teraz taki mały zakład: w okolicy, którego tygodnia się wykończę?





jesień

5 10 2008

wśród panoszącej się bezczelnie beznadziei.

only music can save us.