Alternatywna muzyka i pogoda iście brytyjska. Zakończona właśnie trzecia edycja Off Festivalu była trochę takim naszym Glastonbury.
Mimo dość krótkiego stażu Off swoim lineup’em każdorazowo elektryzuje. W tym roku nie mogło być inaczej. Przy pięciu scenach bawiło się 11 tysięcy uczestników. Część przyjechała dla konkretnych zespołów, reszta po prostu przyjechała. Na dobrą zabawę mógł liczyć każdy, bo offu nie trzeba znać, wystarczy go poczuć.
Długo by można się sprzeczać, który zespół był najlepszy. Mogwai, of Montreal, Clinic, tym nazwom z całą pewnością zawdzięczamy festiwalową frekwencję, ale scen było 5, a każda miała wiele do zaoferowania.
Pierwszy dzień zaczął się dla mnie tak naprawdę od Lutosphere. Co prawda wcześniej świetnie zagrali Budyń i Sprawcy Rzepaku, ale to nowy projekt Leszka Możdżera był tym wyczekiwanym od miesięcy. Panowie zagrali wspaniale, a zaczarowanych słuchaczy nawet ulewa nie przepędziła spod sceny.
Grające chwilę później Muchy mnie nie przyciągnęły, ale zespół na frekwencję nie mógł narzekać. Opierając się na opinii innych zagrali bez rewelacji, nie udźwignąwszy ciężaru własnych piosenek.
Od tego momentu z minuty na minutę było coraz lepiej. Of Montreal, Clinic, Dick4Dick, Caribou, Mogwai. Publiczność krążyła między scenami po kostki w błocie by usłyszeć i zobaczyć jak najwięcej, a wszystkich słów zachwytu nie sposób przytoczyć.
Na tym tle blado wypadł Hey. Zespół Kasi Nosowskiej dał koncert wyprany z emocji, z którego nie pamiętam praktycznie nic, bo też na scenie nie działo się nic wartego zapamiętania.
Pierwszy dzień festiwalu zakończyłam z Panami Waglewskimi, których koncert nie mógł się nie podobać.
Żałuję, że nie dotrwałam do Hungry Hungry Models, ale mam nadzieję, że uda mi się to kiedyś nadrobić.
Drugi dzień rozpoczęłam wraz z ostatnimi dźwiękami Baaby dobiegającymi z głównej sceny. Nie miałam jednak czasu żałować spóźnienia, bo już po chwili sceną leśną zawładnął Czesław Śpiewa. Mozil wraz z przyjaciółmi zdobył słuchaczy nie tylko piosenkami, ale również ujmującym sposobem bycia. Wspaniały był to koncert i godzien zapamiętania.
So So Modern występujący jako kolejni mieli, więc przed sobą trudne zadanie, ale podołali, a gorące przyjęcie jakie im zgotowała publiczność prawdopodobnie przeszła ich najśmielsze oczekiwania.
Pisząc o drugim dniu warto również wspomnieć o koncercie Menomeny, choć mnie osobiście nie rzucił na kolana. Nie mogę jednak narzekać, bo kilka chwil później niesamowici British Sea Power swoim koncertem byliby zdolni zatrzeć każde złe wrażenie. Ich występ stanowczo plasuje się w czołówce tegorocznego Off Festivalu.
Miłym zaskoczeniem okazał się występ Lao Che. Widziałam ich już kilkakrotnie, ale tym razem przeszli samych siebie. Zaserwowali słuchaczom prawdziwą bombę energetyczną, a występująca gościnnie sekcja dęta nadała nawet zgranym utworom nowy charakter.
Ale Off Festival to nie tylko muzyka. W przestrzeni miejskiej została osadzona wystawa „Something must break” przygotowana pod kuratelą Sebastiana Cichockiego, a najbardziej znany obecnie malarz polski Wilhelm Sasnal zaprojektował mural, który zdobi ścianę kamienicy przy ul. Katowickiej.
Off Festival z roku na rok się rozrasta, ewoluuje i dojrzewa. Jednak póki, tak jak do tej pory, u podstaw będzie muzyka możemy być spokojni o jego przyszłość. I bez obaw wrócić do Mysłowic za rok.
-
tekst powstał dla Trafri.net

