środek

28 05 2008

niby środek, ale jakoś tak do końca dalej niż bliżej.
z pozytywów wykład z fizyki. pozytywny, bo ostatni!

w ramach hydrobiologii standardowe grzanie kości w słońcu na placu krakowskim, obfitującym w krwiożercze gołębie, których głównym celem jest wymordowanie jak największej ilości studentów i zjedzenie ich zwłok! niewtajemniczeni mogą tego nie wiedzieć, ale my rozgryzłyśmy ten podstępny plan niczym zawiłą fabułę horroru klasy b ;)

na deser kolos ze zdziru. niestety przedmiot nie traktuje, wbrew sugestii pewnego pana, o sex, drugs & rock’n'roll i moje wewnętrzne ja mówi, że bardzo nie bardzo, ale zobaczymy.

a w ogóle to nie mogłam w nocy spać przez takiego jednego, który przeczytawszy te słowa powinien się trzasnąć w twarz i to mocno! ;)





pozytywnie i wtorek

27 05 2008

na dnia początek miły komentarz.
później garść smsów uroczych od osoby coraz bliższej.
uczelniane sympatyczne rozleniwienie.
butki nowe.
a w domu radosna wiadomość.
i ciacho z czekoladą.

póki co nie daję się depre(se)sji.
i tak ma być!

90 minut kolosa, na którego nie umiałam.
150 minut okienka na gliwickim rynku.
30 minut latania po sali z miarką.
150 minut umierania z nudów w bufecie.
45 minut uzbrajania gruntu w tęczowe kolory.
i do domu!

a Zajc miał urodziny. a to ci! ;)





depre(se)syjnie

25 05 2008

warstwa kurzu zebrała się na mym blogu.

okazuje się, że 4 długie weekendy z rzędu nie przyczyniają się do nadrabiania zaległości, a wręcz przeciwnie. duża ilość wolnego czasu sprzyja odkładaniu wszystkiego na później, a systematyczność nigdy nie była moją najmocniejszą stroną i jaki tego efekt, każdy może się domyślić.

pozytywne były te długie weekendy i niezapomniane, a chwilami legendarne można by rzec. aż żal bierze, że tylko malutka część zastała uwieczniona i zapisana w formacie jpg na dyskach twardych, a reszta prędzej czy później zblaknie i pokryje się patyną by ostatecznie zniknąć.

nie wiedzieć kiedy minął blisko miesiąc, długie weekendy się skończyły, a ja stoję pod ścianą i na karku czuję oddech zbliżającej się sesji. sesji, którą fajnie byłoby zamknąć w czerwcu, bo nawet wizja pocieszania przez pewnego pana nie przemawia za wrześniowymi terminami;)
takoż siedzę zakopana w notatkach i… właściwie na siedzeniu się kończy, bo od uczenia się odrzuca mnie ze wstrętem.
wszystko wydaje się być ciekawsze i tak np. wczoraj w okolicach 19:00 w ramach nauki chwyciłam za odkurzacz, czym wprawiłam młodszego w osłupienie:)

potrzebna mi solidna porcja motywacji. wie ktoś gdzie sprzedają takie rzeczy?
i przy okazji dawkę dobrego humoru, bo wyczuwam nadchodzącą depresję. co tu dużo mówić, ciężkie czasy nastały.

nic to. uciekam posiedzieć w otoczeniu makulatury…





%

7 05 2008

procentowe szczęście procentuje
bólem głowy i wyrzutami sumienia

dlatego dziś powtarzasz
‘to ostatni’
unosząc kolejny kieliszek

dlatego jutro wyjęczysz
‘nigdy więcej’
odkręcając butelkę wody





Wspomnień czar

6 05 2008

Tym razem będzie wspomnieniowo. Mamy styczeń, wszyscy opatuleni szalikami gnają przed siebie marząc o gorącej czekoladzie. Tak prezentowały się katowickie ulice, gdy na Śląsk zawitał Budyń.


fot. Jadwiga Lemańska

Zero Instytut – miejsce, w którego istnienie przez pewien czas nie bardzo wierzyłam. Widziałam ulotki i plakaty reklamujące klub, lecz pozostawał on dla mnie zagadką. W dzień planowego otwarcia, redakcyjnie ruszyliśmy w teren i mimo nieprzyjaznej aury wkroczyliśmy na ulice Gliwicką. Po kilku minutach poszukiwań zaleźliśmy schody i drzwi zamknięte na głucho, a na nich kartkę, że z powodu przyczyn niezależnych otwarcie jest przeniesione na za tydzień.

Krótko mówiąc nie zaczęli zbyt dobrze. Zastanawialiśmy się nawet czy to nie jakiś projekt na modę „Czeskiego snu” i jesteśmy filmowani z ukrycia…

Na widok plakatów czy zapowiedzi w gazetach z Zero Instytut jako miejscem planowanego wydarzenia myślałam „uwierzę jak zobaczę, zobaczę jak pójdę, a że nie pójdę to nie zobaczę, więc nie wierzę”. Może dziecinne, ale chyba jednak liczy się dla mnie pierwsze wrażenie. Mój sceptycyzm trwał, jak się jednak okazało, do czasu.

18 stycznia w Zero Instytut miał odbyć się koncert Budynia i Sprawców Rzepaku i nie mogło mnie tam nie być, a zarazem jeśli ktoś mógł zatrzeć nienajlepsze pierwsze wrażenie to był to niewątpliwie Budyń.

Jacek Szymkiewicz, bo to właśnie on kryje się za pseudonimem Budyń jest jedną z moich ulubionych postaci na polskiej scenie alternatywnej. Jego niecodzienne teksty nadające nową jakość pojęciu „zabawy słowem” plus pokręcona muzyka, w której łączy się wszystko ze wszystkim, a nawet więcej, owocują nadspodziewanie dobrym efektem. Dobrym jednak tylko w wydaniu studyjnym, ponieważ na żywo efekt jest wręcz fenomenalny. Staje się tak za sprawą samego Budynia, który komunikacji z publicznością mógłby uczyć niejednego ze starych wyjadaczy polskiej sceny. Szymkiewicz potrafi podgrzać atmosferę nawet wówczas, gdy sam zmuszony jest do korzystania z zewnętrznych źródeł ciepła, jak to miało miejsce w Zero Instytut, a przeciwności przekuć w atut i zaimprowizować krótką piosenkę o „gryfnej farelce”, która ratowała zgrabiałe z zimna dłonie członków zespołu.

Ponoć przeciętny słuchacz potrafi skupić swoją uwagę przez ok. 20 minut. Nie wiem czy ta zasada tyczy się także koncertów, ale w myśl powiedzenia „przezorny zawsze ubezpieczony” w trakcie jednej z piosenek rozdane zostały wśród publiczności przeróżne przeszkadzajki. Tym sposobem każdy odważny mógł zagrać z zespołem, a hipotetyczne zagrożenie nudą zostało oddalone.

18 stycznia w katowickim Zero Instytut doskonale bawiła się ponad setka (policzonych w trakcie jednej z piosenek) ludzi. Nie nudził się nikt o czym może zaświadczyć wyżej podpisana. Czekamy na więcej „piosenek do dłubania w nosie”.



Budyń i Sprawcy Rzepaku w składzie:

Jacek “Budyn” Szymkiewicz: gitara, wokal, różne przedmioty
Jacek Sprawka: tuba, puzon
Ola Rzepka: perkusja, organy elektronowe


-


tekst powstał dla Trafri.net





majowe

2 05 2008

kilka dni weekendu na zaczerpnięcie oddechu. w oknach flagi w kolorach narodowych, a powietrze pachnie wiosną.

w środku dla odmiany bardzo niewiosennie. po głowie kołaczą się myśli czarno-białe. negatywy nocnych myśli, gdy samotność smakuje najstraszniej i potwory wychodzą z szafy.

ale jutro wstanie nowy dzień. z makijażem nałożę uśmiech, wtłoczę w organizm odrobinę sztucznego, czekoladowego szczęścia i wspomagana przez promienie słoneczne, zagnam potwory z powrotem do szafy.



~ it’s gonna be a good day, just wait and see ~