mam dość duże zaległości popkulturowe co odkrywam ostatnimi czasy wyjątkowo często.
szczególnie widoczne jest to gdy rozmowa traktuje o nowościach filmowych czy telewizyjnych. wszyscy podejmują żywą dyskusję, a ja się po cichu zastanawiam o czym tak konkretnie mówmy.
jakby tego było mało, w piątkowy wieczór od kompletnie obcego mężczyzny usłyszałam, że nic nie wiem o muzyce i filmach. pomijając dyskusyjność tej opinii pod kilkoma względami (jakby nie było ‘nic’ to bardzo mało) zastanowiło mnie czy moje braki są aż tak widoczne.
pociesza jednak, że o tym, że nic nie wiem o muzyce (co zirytowało) i filmach (no niech będzie…) zdecydował chłopiec, który nie wie nic o mnie. o kulturze też wie niewiele, ale to już inna historia.
niemniej jednak postanowiłam coś z tym zrobić i wczoraj obejrzałam fascynującą opowieść o życiu człowieka-marchewki.
jestem teraz fajna i młodzieżowa? ;)
a telewizji i tak oglądała nie będę, bo póki doba nie ma 25 godzin szkoda czasu na popkulturowe bzdury.