ostatni mój egzamin miał odbyć się w poniedziałek. nie byłabym sobą gdybym się na niego porządnie nauczyła, bo po co? przecież był mecz, a ja nagle stałam się wielką fanką piłki nożnej. poza tym już się tego uczyłam, wszak to poprawka. na marginesie tylko dodam, że się na termin główny nie uczyłam stąd też ta nieszczęsna poprawka.
tym razem miałam jednak wsparcie w postaci mojego magicznego, różowego długopisu :)
atmosfera luźna, 2 pytania z teorii takie nawet, choć wiedziałam, że na pierwsze odpowiem jednym zdaniem. niby wielokrotnie złożonym, ale jednak jednym.
było też trzecie pytanie, a właściwie zadanie, bo do policzenia. z typu łatwe i chyba wiem o co cho, ale ostatnio się na nim wyłożyłam, a teraz mieliśmy kilka rur więcej.
anyway. zegar ruszył i zaczął odmierzać wyznaczone we wspaniałomyślności dr K. 30 minut (bo spokojnie wystarczyłoby nam 15).
z teorią rozprawiłam się na wstępie, wiedząc, że nie wymyślę nic ponad to co mi od razu przychodzi do głowy. no i zaczęłam liczenie. rozpisałam sobie to ładnie, po kolei i przejrzyście niczym równanie z jedną niewiadomą w podstawówce. i nawet skończyłam przed czasem.
dr K. natomiast robił coś czego nienawidzę z całego serca, a mianowicie chodził po sali i zaglądał ludziom w kartki. na mnie też przyszła kolej. było to już jak (chyba) skończyłam, ale jeszcze przeglądałam pracę, bo a nuż mnie natchnie. dr K. przystanął nade mną i czyta. przeczytał i poszedł. stanął pod tablicą i patrzy na mnie. ja uparcie patrzę w okno. przyszedł znowu. jeszcze raz rzucił okiem na mą kartkę po czym zabrał ją i poszedł, bo:
jeszcze coś pani zmieni i będzie źle.
no i nie wiedziałam co myśleć, bo z jednej strony powyższa sytuacja wróży dobrze, a z drugiej zapowiedział mi, że zdam u niego w listopadzie.
a wyniki miały być dzień później…