wspomnienia

13 08 2008

bo kiedyś było tak, że herbata smakowała inaczej.
i o uśmiech było łatwiej.
i na wszystko był czas.

dzisiejsi mężczyźni byli chłopcami.
chłopcy kolegami z podwórka.
i nie było problemów,
a gdy się pojawiały to
łopatką po głowie.

a wieczorem, w dobranocce kubuś puchatek.





Seks w wielkim mieście

13 08 2008

Wszystkim, którzy mieli wątpliwą przyjemność oglądania losów Carrie Bradshaw i jej przyjaciółek w kinie chcę polecić serial od którego się wszystko zaczęło. Serial bowiem ma to wszystko czego na dużym ekranie nie zobaczymy bądź zobaczymy w znikomych ilościach.

Jest tu miejsce na burzliwe romanse i niezobowiązujące flirty. Na karierę zawodową, zabawę do rana, lunche z przyjaciółkami i przemierzanie Manhattanu w szpilkach od Manolo Blahnika. Ale co najważniejsze, na srebrnym ekranie znajdziemy to co wyniosło „Seks w wielkim mieście” do rangi serialu kultowego. Na naszych oczach przełamywane będzie tabu, przede wszystkim w kwestiach seksualnych, ale nie tylko. Bo czyż kobieta po 30-stce, nie mająca dzieci, a co gorsza, otwarcie mówiąca, że nie przewiduje ich posiadania, nie jest stale spychana na margines?

Twórcy serialu pokazują nam rozkoszną, płytką konsumpcję pod pozorem głębi i odwrotnie, głębie i powagę przedzierającą spod blichtru markowych ubrań i dodatków. I mimo, że odcinek „Seksu…” jest niczym 20 minutowy spot, namawiający nas to picia tej, a nie innej kawy, używania tego właśnie komputera i wydawania połowy pensji na parę butów, to ogląda się tę reklamę znakomicie. Jest dowcipnie, jest ładnie, jest z pazurem.

Popkulturowa lektura obowiązkowa.

-

tekst powstał dla Trafri.net





Off Festival. Chwile dla których warto moknąć.

11 08 2008

Alternatywna muzyka i pogoda iście brytyjska. Zakończona właśnie trzecia edycja Off Festivalu była trochę takim naszym Glastonbury.

Mimo dość krótkiego stażu Off swoim lineup’em każdorazowo elektryzuje. W tym roku nie mogło być inaczej. Przy pięciu scenach bawiło się 11 tysięcy uczestników. Część przyjechała dla konkretnych zespołów, reszta po prostu przyjechała. Na dobrą zabawę mógł liczyć każdy, bo offu nie trzeba znać, wystarczy go poczuć.

Długo by można się sprzeczać, który zespół był najlepszy. Mogwai, of Montreal, Clinic, tym nazwom z całą pewnością zawdzięczamy festiwalową frekwencję, ale scen było 5, a każda miała wiele do zaoferowania.
Pierwszy dzień zaczął się dla mnie tak naprawdę od Lutosphere. Co prawda wcześniej świetnie zagrali Budyń i Sprawcy Rzepaku, ale to nowy projekt Leszka Możdżera był tym wyczekiwanym od miesięcy. Panowie zagrali wspaniale, a zaczarowanych słuchaczy nawet ulewa nie przepędziła spod sceny.
Grające chwilę później Muchy mnie nie przyciągnęły, ale zespół na frekwencję nie mógł narzekać. Opierając się na opinii innych zagrali bez rewelacji, nie udźwignąwszy ciężaru własnych piosenek.
Od tego momentu z minuty na minutę było coraz lepiej. Of Montreal, Clinic, Dick4Dick, Caribou, Mogwai. Publiczność krążyła między scenami po kostki w błocie by usłyszeć i zobaczyć jak najwięcej, a wszystkich słów zachwytu nie sposób przytoczyć.
Na tym tle blado wypadł Hey. Zespół Kasi Nosowskiej dał koncert wyprany z emocji, z którego nie pamiętam praktycznie nic, bo też na scenie nie działo się nic wartego zapamiętania.
Pierwszy dzień festiwalu zakończyłam z Panami Waglewskimi, których koncert nie mógł się nie podobać.
Żałuję, że nie dotrwałam do Hungry Hungry Models, ale mam nadzieję, że uda mi się to kiedyś nadrobić.

Drugi dzień rozpoczęłam wraz z ostatnimi dźwiękami Baaby dobiegającymi z głównej sceny. Nie miałam jednak czasu żałować spóźnienia, bo już po chwili sceną leśną zawładnął Czesław Śpiewa. Mozil wraz z przyjaciółmi zdobył słuchaczy nie tylko piosenkami, ale również ujmującym sposobem bycia. Wspaniały był to koncert i godzien zapamiętania.
So So Modern występujący jako kolejni mieli, więc przed sobą trudne zadanie, ale podołali, a gorące przyjęcie jakie im zgotowała publiczność prawdopodobnie przeszła ich najśmielsze oczekiwania.
Pisząc o drugim dniu warto również wspomnieć o koncercie Menomeny, choć mnie osobiście nie rzucił na kolana. Nie mogę jednak narzekać, bo kilka chwil później niesamowici British Sea Power swoim koncertem byliby zdolni zatrzeć każde złe wrażenie. Ich występ stanowczo plasuje się w czołówce tegorocznego Off Festivalu.
Miłym zaskoczeniem okazał się występ Lao Che. Widziałam ich już kilkakrotnie, ale tym razem przeszli samych siebie. Zaserwowali słuchaczom prawdziwą bombę energetyczną, a występująca gościnnie sekcja dęta nadała nawet zgranym utworom nowy charakter.
Ale Off Festival to nie tylko muzyka. W przestrzeni miejskiej została osadzona wystawa „Something must break” przygotowana pod kuratelą Sebastiana Cichockiego, a najbardziej znany obecnie malarz polski Wilhelm Sasnal zaprojektował mural, który zdobi ścianę kamienicy przy ul. Katowickiej.

Off Festival z roku na rok się rozrasta, ewoluuje i dojrzewa. Jednak póki, tak jak do tej pory, u podstaw będzie muzyka możemy być spokojni o jego przyszłość. I bez obaw wrócić do Mysłowic za rok.


-


tekst powstał dla Trafri.net





coś-e

7 08 2008

jak to jest?
istnieją coś-e, o których może i nikt nie mówi, ale każdy wie. tak sobie trwają te coś-e w przestrzeni i jest spokój.
aż tu nagle ktoś wypowie coś-a na głos i… dramat. krew, łzy i zgrzytanie zębami.

i znowu zostałam wyklęta, wyzwana, wyrzucona z domu niemal i inne słowa na ‘wy’.

dlaczego? bo mi puściły nerwy i zrobiłam rzecz niedopuszczalną, powiedziałam coś-a.
i ch*j, że to była prawda.

update: legenda coś-a narasta. niebawem okaże się, że oplułam papieża i zbezcześciłam flagę. ech…





pms

6 08 2008

w życiu każdej kobiety nadchodzi taki moment, gdy nawet drobnostka wyprowadza z równowagi i wszystko traci sens. zdarza się to generalnie raz na miesiąc i rykoszetem godzi we wszystkich w zasięgu 1000 km.
bo matka natura to zdradliwa suka.

pms by autorka bloga

etap I (wkurw 5/10 i rośnie…): jestem poirytowana. nie wiem dlaczego. nie drąż tematu. no teraz to przesadziłeś/-aś (z tą troską)!

etap II (wkurw brak skali i rośnie…): zejdź mi z drogi! nie chcę z tobą rozmawiać! milcz jak do mnie mówisz! (w trakcie rozmowy na gg) nie tym tonem! dlaczego do jasnej cholery marnujesz mój tlen!?!

etap III (w akompaniamencie szlochów i kapiących łez): życie jest bez sensu. dlaczego on* mnie nie kocha? jestem beznadziejna. dlaczego on* do mnie nawet nie zadzwoni? nikt mnie nie rozumie. po co on* do mnie dzwoni? jestem brzydka/gruba/głupia…, nikt mnie nie chce**

-
* w miejsce onego wstawcie kogokolwiek, choćby operatora sieci, bo tu chodzi o przytłaczającą samotność, a nie o konkretną osobę
** rozwiewając wątpliwości: to, że twój wybranek leży koło ciebie i dzielnie tuli/pociesza/ociera łzy nie zmienia faktu, że NIKT CIĘ NIE CHCE!!!

następnego ranka budzisz się w świetnym nastroju i wszystkie wcześniejsze zmartwienia wydają ci się nieistotne. tylko trochę dziwi cień strachu przed twoją reakcją w oczach innych.
znacie to skądś?

to do przyszłego miesiąca.

:)





matrymonialnie

2 08 2008

jeśli kiedykolwiek znajdę mężczyznę, z którym będę rozmawiać jak oni:

on i ja, czyli małżeński dialog

to za niego wyjdę.
i nawet urodzę mu dzieci.

:)





wielowymiarowe ruiny

2 08 2008

co można znaleźć pod łóżkiem 14-latka płci męskiej?

(ułatwienie dla niedzisiejszych: na co komu playboy skoro jest internet ;)

otóż odkurzając pod łóżkiem młodego znalazłam:
- nowy ołówek z gumką koloru fioletowego
- gumkę do włosów koloru pomarańczowego
- bilon o wartości nominalnej 10 groszy
- kartę sim do telefonu sztuk 1
- masę pierza

czy współcześni nastolatkowie płci brzydszej się pierzą? skąd on tam tyle tego naniósł?
może stąd się wzięło powiedzenie ‘nieopierzony młodzian’?






tytuł trochę nie na temat, ale wybieram się dziś na koncert z cyklu ‘jazz w ruinach’ do gliwic, miasta moich marzeń i snów. generalnie pochłania to większość moich i tak sporadycznie pojawiających się myśli, więc to by było tyle na dziś.

:)





intrygujące

31 07 2008

mój brat używa rexona for men.

od kiedy on jest ‘men’?
przecież on jest brat, w dodatku młodszy…

:)





pocztówka z wakacji

30 07 2008

z małym poślizgiem, ale wakacje mam;)
fajnie było, co tu dużo mówić. poniżej kilka dowodów:

siedzimy w art we wnęce za zasłonką. co chwile ktoś do nas zagląda…
ktoś: a co tu jest?
my: żywa ekspozycja
ktoś: :)
my: można dotykać, za opłatą.
ktoś polazł. mija kilka sekund
ktoś2: [śmiech]
my: to bezczelne było
ktoś2: bo kolega powiedział, że można podotykać…

a czy któraś z nas powiedziała, że nie? :)

***

burza jak się patrzy. grzmi, błyska, wieje, leje…
S: kto wierzy w pioruny kuliste?
ja: ja nie
S: to stań dalej i wysyłaj smsy. przekonamy się
:)

***

po kolejnym wybuchu śmiechu:
ja: czasem się zastanawiam czemu my nie założymy kabaretu.
S: też o tym myślałem
ja: choć… mamy na tyle chore poczucie humoru, że pewnie tylko nas by to bawiło…
S: łowcy.b też tak myśleli…

pozdrowienia dla łowców :)

***

noc. leżymy już z A w namiocie.
ja świecąc jej latarką w oczy: dzień dobry slotTV!

kto był wie o co chodzi. nas bawiło za każdym razem :)

***

na zakończenie dowcip S:
- co powie koala, gdy spotka pingwina?
- łaaaaaaaaał
:)

***

to by było na tyle. jeśli sobie przypomnę będzie więcej.

tymczasem pozdrowienia dla pana, który zgwałcił moją prywatność, robiąc mi zdjęcie kiedy jadłam i dla ochroniarza, który zjadł zmacane przeze mnie ciasteczko (przez żołądek do serca?)
:)





.

24 07 2008

nie wiem czym jest miłość.
nie wiem czy rozpoznałabym miłość gdyby stanęła przede mną nago w centrum miasta i kopnęła mnie w kostkę.

za to jestem całkiem niezła w popadaniu w obsesje.
nic wielkiego, broń boże. takie tam domorosłe niby-przeżycia, czującej niby-ból egzystencjalny, wpędzającej się w mini depresję.
i znów, bez wielkich czynów i fiolki leków zapitych butelką wódki.
po prostu rozkoszne nurzanie się we własnym starannie wykreowanym cierpieniu.
narcyzm i egoizm.